(Fot: Szymon Jaszczurowski, tspodbeskidzie.pl)
Przegrane derby to nie koniec świata, trzeba zacisnąć zęby i robić swoje
Tak, przegraliśmy derby. Nie pierwsze i zapewne nie ostatnie. Tak samo jak mecz z GKS-em Wikielec nie był pierwszy i nie był ostatni. Bo taki jest futbol. Raz się wygrywa, a raz się przegrywa. Czasami wszystko wychodzi, a czasami nie wychodzi nic. Dziś, czytając komentarze kibiców można mieć wrażenie, że ten zespół nie nadaje się do niczego, choć jeszcze tydzień temu – po spektakularnym zwycięstwie z Unią Skierniewice – zachwytów było bez liku.
Dlatego też nie wieszajcie psów na tym zespole, na tych chłopakach i na tym trenerze. Fakty są bowiem takie, że ani nie jesteśmy tak dobrzy, jak nam się wydawało jeszcze tydzień temu, gdzie po kilku dobrych wynikach znaleźliśmy się w strefie barażowej, ani nie jesteśmy tak słabi, jak można to przeczytać dzisiaj. Prawda, jak to często bywa, jest gdzieś pośrodku, a każdy dzień, każdy trening i każdy mecz jest pewnym procesem, który przybliża drużynę do jasnych celów.
Nie można jednak przejść obojętnie wobec wielu opinii na temat tego, że tym chłopakom się nie chciało, że zabrakło im determinacji, woli walki, charakteru. Tutaj jednoznacznie stoję za drużyną murem! Wystarczy spojrzeć na Oskara Zawadę, który po bardzo bolesnym starciu z jednym, z piłkarzy Rekordu przez kilka minut był opatrywany, ale z bólem, z zaciśniętymi zębami wrócił na murawę. Jeśli to nie jest charakter, to co nim jest? Jeśli charakterem nie jest Krystian Wieczorek „opierniczających” swoich obrońców po jednym z błędów, to co nim jest? Jeśli charakterem nie jest walka do ostatniej sekundy o zdobycie gola dającego wyrównanie, to co nim jest?
Niemniej, z całą pewnością prawdziwy problem jest gdzieś indziej i trochę jest przyćmiony przez wyniki drużyny. Zespół na boisku i poza nim pracuje bowiem na pełnych obrotach, walczy, robi co może i należy chłopaków wspierać, a nie deprecjonować. Inaczej jest jednak w gabinetach. Krzysztof Sałajczyk jeszcze przed meczem w Pucharze Polski udzielił nam wywiadu, w którym kilkukrotnie minął się z prawdą lub – co gorsza – celowo wprowadził kibiców w błąd.
Przede wszystkim należy powiedzieć, że było poważne zainteresowanie sprowadzeniem Kamila Bilińskiego, a nie tak, jak mówi prezes: „konkretnych rozmów nie było”. Jeden ze sponsorów, człowiek oddany Podbeskidziu w stu procentach (danych nie będę zdradzać, bo być może on sam by tego nie chciał), zaoferował bowiem swoją pomoc w tej sprawie dwukrotnie. Za pierwszym razem chciał pokryć pewną część pensji napastnika, a za drugim już całość. Rozmowy więc były.
Druga sprawa to temat dyrektora sportowego Tomasza Wichniarka. Prezes Sałajczyk mówi, że: „Plotki o tym, że Tomasz Wichniarek był kandydatem na stanowisko dyrektora sportowego, nie są prawdziwe”. Od jednej z ważnych osób wokół klubu usłyszałem jednak, że nie jest to prawdą, a rozmowy były prowadzone. Wichniarek był nawet widziany na klubowych korytarzach, co potwierdziło kilka osób. Finalnie sprawa rozbiła się o m.in. wynagrodzenie, ale tutaj również jest trochę inaczej, niż mówi Krzysztof Sałajczyk.
Co więcej, po 10 miesiącach pracy nowego prezesa, w klubie niewiele się zmieniło. Jest może trochę lepszy PR, ale nadal brak dyrektora sportowego, a dział sportowy tworzy jeden człowiek. Gdy rozmawia się na ten temat z ludźmi wokół klubu lub tymi z klubu, po prostu machają oni ręką, bo każdy wie, że nie powinno tak być i przede wszystkim miało być inaczej, co przecież też ma wpływ na grę zespołu. Chcąc znaleźć jakiś sukces prezesa, trzeba długo się naszukać, bo właściwie on sam mówi, że „po 10 miesiącach pracy nie mówiłbym jeszcze o osiągnięciach”…
To, co jeszcze można usłyszeć o pracy pana Sałajczyka z pewnością nie jest – mówiąc dość oględnie – zbyt optymistyczne, ale tutaj na ten moment należy spuścić dużą zasłonę milczenia. Nie dziwię się więc naszym ultrasom, że wywiesili jasny transparent z przekazem do prezesa ws. daty powstania klubu.