(Fot: Szymon Jaszczurowski, tspodbeskidzie.pl)
Sercem klubu jest dział sportowy, jeśli go nie ma, to nawet najlepszy lekarz nie da rady uratować pacjenta – to muszą zrozumieć w Podbeskidziu jeśli klub ma się rozwijać!
W poniedziałek 8 września zamknęło się okienko transferowe dla klubów z Polski, a więc także dla Podbeskidzia. Niezależnie od tego, czy tego lata wydarzy się jeszcze jakiś ruch – klub nadal może pozyskać piłkarza z tzw. kartą w ręku – można już ocenić letnie poczynania Górali. Ocena nie będzie jednak łaskawa, bo choć wpisać na czerwono będziemy mogli ją dopiero za parę miesięcy, to dziś – tak, jak w szkole – trzeba ją najpierw zapisać jako proponowaną.
Nie chcę jednak skupiać się na samych nazwiskach, ale na czymś szerszym, na czymś co jak myślę jest najważniejsze dla dalszego rozwoju klubu. Kilka dni temu minęło bowiem dziewięć miesięcy urzędowania nowego prezesa i chcąc porozmawiać o polityce transferowej, trudno ją właściwie wskazać. Pomimo kilkukrotnych zapewnień Krzysztofa Sałajczyka o chęci rozbudowy działu sportowego, nadal w klubie nie ma takiej instytucji z prawdziwego zdarzenia. Trudno bowiem nazwać w ten sposób jednego, osamotnionego Jakuba Ochodka, który – co przecież nie jest wielką tajemnicą – nie ma wielkiego doświadczenia w realizacji działań, które zostały mu powierzone.
Na pytanie dlaczego nadal w klubie nie ma zatrudnionego dyrektora sportowego, odpowiedź, która zazwyczaj pada, jest prosta. „Nie stać nas”. Problem jednak w tym, że widać tu pewną niekonsekwencję. Pensja takiej osoby to około 20-30 tysięcy złotych, a więc mniej więcej półtorej pensji piłkarza. Oznacza to z grubsza tyle, że rezygnując z dwóch graczy, można zatrudnić osobę, która najpewniej nie w perspektywie dwóch miesięcy, ale dajmy na to roku, podniesie klub o kilka szczebli na polu transferów. Nakreśli jakąś – jakąkolwiek (sic!) – strategię, poukłada kadrę i rozezna się na rynku tak, aby nie brać tych piłkarzy, których w mailu akurat podeśle menadżer i zapewni ciągłość młodzieżowców.
Będąc bardzo konkretnym, oznaczałoby to obecnie rezygnację z jednego z siedmiu skrzydłowych i jednego z sześciu środkowych pomocników. Nie byłby to więc koszt odczuwalny dla zespołu w jakiejś porywającej skali, a dał szansę na rozwój i po prostu lepsze, ciekawsze i bardziej przygotowane transfery w kolejnych okienkach.
Tajemnicą poliszynela jest oczywiście fakt, że w ostatnich miesiącach, czy też tygodniach wokół klubu kręciła się osoba jednego z dobrze znanych w Polsce dyrektorów sportowych. Chodzi bowiem o Tomasza Wichniarka, który był na kilku meczach i rozmawiał z władzami klubu. Kwestia rozbiła się w przypadku byłego dyrektora Widzewa Łódź o – jakżeby inaczej – pieniądze. Abstrahując więc od samego faktu, czy akurat ta konkretna osoba byłaby odpowiednim kandydatem, czy też nie, to widzimy, że poruszamy się w pewien sposób wokół własnego ogona. A dokładnie to chcielibyśmy mieć ciastko i zjeść ciastko. Bez pewnych decyzji, nie da się rozwijać, a nikt nie chce ich podjąć.
Wszystko sprowadza się więc do tego, że bez ram strukturalnych nie da się poukładać tego, co na murawie. Jeśli nie ma osoby, która dobiera piłkarzy, bierze odpowiedzialność za ich sprowadzenie i tworzy wizję rozwoju, to właściwie powstaje coś w rodzaju samochodu bez kierownicy. Niby można jechać z punktu A do B, ale raczej musisz zdać się na szczęście i umiejętności tego, kto wciska gaz i hamulec.
Brak działu sportowego z prawdziwego zdarzenia jest obciążający przede wszystkim dla trenera, który musi wówczas zajmować się dodatkowymi sprawami, które absorbują jego uwagę. Gdyby nie fakt, że Krzysztof Brede znany jest z tytanicznego etosu pracy i zaangażowania, to zapewne sam Jakub Ochodek „nie ogarnąłby” wszystkiego. Nie jest bowiem także tajemnicą, że nasz szkoleniowiec również analizuje potencjalnych piłkarzy, a nie tylko podpisuje się pod daną kandydaturą, co nie jest praktyką często spotykaną w tak dużych klubach.
Parafrazując, ostatni kompetentny dział sportowy był w Podbeskidziu za czasów Bogdana Kłysa. Wówczas Łukasz Piworowicz i dwóch jego skatów stworzyło pewien model funkcjonowania klubu. Nie raz, nie dwa z nim dyskutowałem, podważałem, wskazywałem błędy, ale nie da się ukryć, że klub miał jakiś pomysł na transfery. Piłkarze nie byli przypadkowi, zbierani na ostatni moment, a dobrze dobrani i wyselekcjonowani. Dobrze byłoby znów móc się pospierać na wizje, tylko, że obecnie nie ma po prostu z kim.
Transfery lata 2025
Prawdziwa weryfikacja wszystkich ruchów nastąpi za parę miesięcy, ale jeszcze zapewne w tym roku. Wraz z końcem rundy jesiennej będzie można więcej powiedzieć o tym, kto się sprawdził, a kto nie. Nie chcę więc zbyt pochopnie oceniać, bo czasami potrzeba trochę czasu, aby ktoś – mówiąc kolokwialnie – odpalił.
Niemniej kadra, w której jest – tak, jak już wspominałem – siedmiu skrzydłowych (a czasami grywa tam i Maciej Górski, więc de facto ośmiu) i sześciu środkowych pomocników, a nie ma klasowego lewego obrońcy czy też wahadłowego jest kadrą po prostu źle skonstruowaną. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, że na prawej stronie obrony gra Krzysztof Kolanko, który nominalnie jest pomocnikiem czy też skrzydłowym, ale z pewnością nie wahadłowym. Mimo to radzi sobie oczywiście świetnie. Niemniej po sprzedaży Michała Willmanna zawierzono, że w jego buty wejdzie Łukasz Kabaj, co z góry wydawało się być pomysłem dość – nazwijmy to eufemistycznie – ryzykowanym.
Gdy w czasie okresu przygotowawczego rozmawiało się z prezesem Sałajczykiem, to mówił on, że klubu „nie stać na trzeciego lewego obrońcę”. Szkoda więc – mówiąc przewrotnie – że stać go na tylu graczy drugiej linii.
Sprawa, która najbardziej rozgrzewa kibiców to temat napastnika. Faktem jest, że po nieskutecznym początku sezonu w wykonaniu naszych dziewiątek, w klubie zaczęto rozglądać się za graczem na tę pozycję. Z całą pewnością można stwierdzić, że rozmawiano z Kamilem Bilińskim, ale z tego co słychać, do tej pory nie było chęci ze strony zarówno prezesa, jak i sztabu szkoleniowego oraz miasta. Czy to się zmieniło o zamknięciu okienka? Trudno powiedzieć. Poza tym jednak z pewnością rozpatrywano także pozyskanie Mikołaja Lebedyńskiego, który finalnie trafił do Świtu Szczecin. Było to jednak zwykłe analizowanie jego potencjalnej przydatności.
Absolutnym hitem końcówki okienka w wykonaniu Podbeskidzia mogło być pozyskanie Huberta Sobola. Były wicekról strzelców Betclic 2. ligi finalnie trafił do Chorwacji, ale pewne jest, że jeszcze w sobotę klub miał z nim porozumienie, a sam piłkarz był chętny na transfer. Finalnie stało się inaczej, jak to często w piłce bywa.
Po kilku kolejkach część ruchów wydaje się być absolutnie pozytywna, a część zdecydowanie zaskakująca. Mówiąc wprost można pokusić się o cytat z Śp. Jacka Krywulta, który na sesji Rady Miasta pytał: „Kto tego pana, przepraszam, murzyna, ściągnął?” Dziś pod słowo „murzyn” można postawić chociażby Unaia Bujana czy Kacpra Piątka.