
(Fot: Szymon Jaszczurowski, tspodbeskidzie.pl)
Ciężka praca to nie gwarancja sukcesu. Gwarancję można bowiem dostać – jak mówił Mirosław Smyła – na telewizor.
Długo zastanawiałem się, jak rozpocząć ten felieton. Najłatwiej byłoby bowiem przejechać się po piłkarzach i trenerze. Powiedzieć, że wszystkich należy zwolnić, a trenera wypierdolić. Na tym zakończyć i pożegnać się z nadzieją na lepsze jutro. Tak. Takie emocje towarzyszą zapewne nie tylko mi, ale i większości kibiców Podbeskidzia. Każdy, komu zależy na klubie jest wściekły. Każdy, kto chciałby lepszego zespołu, lepszych wyników, cisnął butelką wychodząc ze stadionu. I trudno się temu dziwić. Po meczu z rezerwami Śląska Wrocław – co jest chyba najgorsze – nie da się mieć większych zastrzeżeń do gry zespołu. Do skuteczności tak, ale nie do jako takiego stwarzania zagrożenia, czy też pracy w pressingu i defensywie. To po prostu było w porządku.
Jednak co z tego wszystkiego, skoro nie ma najważniejszego, finalizacji; goli oraz asyst?! Można byłoby oczywiście teraz mądrować, jak to nie powinno się dostawić stopy w sytuacji Macieja Górskiego, jak należałoby wdrożyć nowe elementy finalizacji na treningach i tak dalej, i tak dalej. Mówiąc szczerze, ani ja, ani większość z czytających nie wie jednak, jak to zrobić w konkrecie. Poza tym ktoś pewnie powie jeszcze, że można byłoby ciężej trenować, a ktoś inny wręcz przeciwnie, że za mocno trenują i nie mają siły (przetrenowanie to jeden z najczęściej słyszanych argumentów w ostatnim czasie). Ani to, ani to nie jest jednak prawdą. Dlaczego?
W powszechnym rozumieniu sukces to bowiem wypadkowa ciężkiej pracy. Determinacji, zaangażowania, silnej woli i kilku innych przymiotów. Bez tego, zdaniem wielu, nie da się go osiągnąć. Gdy nie idzie, odwołujemy się podświadomie właśnie do tego elementu. „Widocznie za mało dał z siebie”, „powinien jeszcze więcej poćwiczyć”. To trochę taki heroiczny obraz, szlachetny, romantyczny, bo pozwala marzyć, że wszystko jest w naszych rękach. Że los nie ma znaczenia, że szczęście nie istnieje, że gdy tylko będziemy ciężko pracować, to nam się to opłaci. Czy tak rzeczywiście jest? Bo gdyby tak faktycznie było, to koń powinien być właścicielem farmy, na której pracuje. A nie jest.
W piłce jest dokładnie tak samo. Ciężka praca na murawie, na treningach, podczas analiz nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Nie musi ich dać, ba, jak widać, nie daje ich. Być może bez niej byłoby jeszcze gorzej – tak, to możliwe – ale nie jest również tak, że ona coś gwarantuje. Może pomóc, przybliżyć do celu, ale na koniec i tak decyduje… no właśnie, co? Szczęście, fart, lepszy bądź gorszy dzień bramkarza. A może pomyłka sędziego w jedną lub drugą stronę lub ułamek sekundy. Niezależnie jednak co wybierzemy i tak, nasz wysiłek nie ma znaczenia, bo do końca nie mamy wpływu na swój los.
Czesław Michniewicz przychodząc kiedyś do Podbeskidzia mówił o tym, że: „tu potrzeba księdza, a nie trenera”. Miał więc na myśli dokładnie to samo; cokolwiek by się nie zrobiło, to i tak nie da oczekiwanego efektu, bo (jak akurat w tym przypadku), jest Bóg, który ma inne plany.
Dlaczego o tym piszę w tym felietonie? Bo wiem, że Krzysztof Brede i jego sztab bardzo ciężko pracują. Sam szkoleniowiec przeżywa wyniki i jest pełen złości na aktualną sytuację. Jak mówi – „pracuję po dwanaście godzin”. Piłkarze również – mówiąc dosadnie – nie opierdalają się. Problem jest więc albo w jakości tej pracy – zgodnie ze starym przysłowiem – „lepiej pracować mądrze, niż ciężko”, albo w czymś, co wykracza poza to, co mamy we własnych rękach.
Najłatwiej oczywiście sprawdzić ten pierwszy wariant i tu raczej można dojść do prostego założenia, że jakość pracy sztabu i całego zespołu nie uległa większej zmianie względem tego, co miało miejsce zaledwie trzy miesiące temu. Wtedy, gdy wydawało się, że baraże o 1. ligę są o włos. Co więcej, być może ta jakość nie uległa zmianie także od początku powrotu Krzysztofa Bredego, również wtedy, gdy na tych łamach pisaliśmy o słynnym Syzyfie? Jednym słowem może trener ani nie pracuje gorzej, ani nie ma też gorszych pomysłów niż wcześniej. Wtedy zwyciężyłaby ta druga opcja; że nie mamy wszystkiego w swoich rękach. Nogach. Że nieważne jak ciężko byśmy nie pracowali, to i tak nasz sukces zależy od czegoś innego.
***
Niezależnie jednak od tego felietonu i tych trochę filozoficznych rozważań w kontekście aktualnej sytuacji Podbeskidzia, czasu na błędy już nie ma. Na pytanie, czy porażka w Chojnicach powinna oznaczać zwolnienie trenera odpowiem nie. I to tylko dlatego, że Krzysztof Brede, on osobiście, ma u mnie jeszcze choć minimalny kredyt zaufania. Jego zapas może się jednak wyczerpać przy okazji meczu z ŁKS-em II Łódź. Kolejna strata punktów musiałaby wywołać twarde decyzje wśród właścicieli spółki.