
(Fot: Szymon Jaszczurowski, tspodbeskidzie.pl)
Mecz Podbeskidzia z GKS-em Jastrzębiem obnażył wszystkie słabe strony ekipy Krzysztofa Brede
Wydawało się, że Podbeskidzie Bielsko-Biała w tym sezonie, po fatalnej poprzedniej kampanii w końcu wróci na właściwie tory i spokojnie zakwalifikuje się przynajmniej do strefy barażowej. Na to przynajmniej wskazywałby budżet, potencjał i aspiracje klubu. Zespół bowiem został wzmocniony solidnymi – tylko na papierze – nazwiskami, na ławce zasiadł dobrze kojarzony Krzysztof Brede, a w końcówce rundy jesiennej pogoniono z klubu Krzysztofa Przeradzkiego. Każdy myślał więc, że teraz to już ruszy. Szczególnie, że zimą do zespołu sprowadzono trzech bardzo dobrych – znów, przynajmniej na papierze – piłkarzy, których spokojnie można nazwać gwiazdami 2. ligi. Jednak co z tego? Podbeskidzie po dwóch pierwszych meczach w 2025 roku na koncie ma jeden punkt i zero goli zdobytych. Posiada za to masę wątpliwości co do najbliższych tygodni. W końcu miały być baraże, ale nikt nie mówił, że o awans, prawda?
Mecz z GKS-em Jastrzębie mieliśmy okazję oglądać na żywo, prosto ze stanowiska komentatorskiego. Piękna murawa, dobrze przygotowana murawa i liczni, fanatyczni z Bielska-Białej w sektorze gości. Przed spotkaniem wszystko zapowiadało, że czeka nas dobry mecz w wykonaniu Górali. No ale, po pierwszym gwizdku to się zmieniło. Owszem, ekipa Krzysztofa Bredego mocno zaatakowała na początku, ale trwało to pi razy oko dwie minuty. Później inicjatywę przejął GKS, który – tu wielkie ukłony dla trenera Petera Struhara – długimi momentami potrafił zdominować i doskonale neutralizować ataki rywala. W pierwszej połowie Podbeskidzie nie oddało nawet celnego strzału, ba nie oddało żadnego strzału. Właściwie tylko dzięki gwizdkowi sędziego Łężnego udało się uniknąć straty gola przed przerwą.
Po zmianie stron było już trochę lepiej, ale co to znaczy lepiej? Bo poprawa jest taka, że po prostu odbito się od poziomu zero i wskoczono na poziom dwa, no może trzy w skali do dziesięciu. Taka to była poprawa. Zupełnie niewspółmierna do potencjału i oczekiwań wobec tego zespołu i tego trenera. Co do trenera, to oczywiście Krzysztofa Brede nie było w tym starciu na ławce trenerskiej i zastąpił go na niej Tomasz Pawliczak, asystent w sztabie. Nie wiemy ile miał samodzielności w prowadzeniu zespołu, ale miał ją z pewnością gdy przemawiał na konferencji prasowej. Na niej zaszokował. Powiedział bowiem, że braku punktów Podbeskidzia nie można nazwać problemem, a procesem. Hmmm. Jaki to jednak proces, który trwa od wakacji? Jaki to proces, jeśli sprowadza się do klubu trzech czołowych graczy ligi? To co ma powiedzieć Peter Struhar, którego GKS Jastrzębie w dwóch meczach z mocniejszymi od siebie rywalami zdobył cztery punkty? On w przeciągu kilku miesięcy zdołał owy proces zakończyć i zaimplementować w zespół, a sztab Podbeskidzia nie? Nie chcieliśmy się już w sali konferencyjnej pastwić nad trenerem Pawliczakiem, bo chyba nie do końca był świadom tego co powiedział, a i to trener Brede jest twarzą tego projektu.
Jeśli już przy trenerze Brede jesteśmy. Średnia punktowa 1.17 pkt./mecz to bilans na poziomie wstydliwie wspominanych pod Klimczokiem Roberta Podolińskiego i Dariusza Dźwigały. Obaj na takim etapie swojej przygody w Podbeskidziu zostali z klubu pogonieni, a i szkoleniowców lepiej punktujących zwalniano. Nie trudno odnieść więc wrażenia, że trenera Bredego w Bielsku-Białej broni nie obecna kadencja, a sentyment z poprzedniej, gdy wywalczył awans do PKO Ekstraklasy. Aktulanie bowiem strata punktowa do 6. miejsca w tabeli to aż osiem punktów, co przy tej kadrze jest po prostu kryminałem. Zapowiada się więc, że na wiosnę będziemy świadkami walki o baraże, ale tych utrzymanie. A to będzie ostatecznym dowodem na degrengoladę Podbeskidzia.
*W momencie pisania tego tekstu nad stadionem w Jastrzębiu zachodzi słońce, czy też nad Krzysztofem Brede to słońca zacznie zachodzić? [KORESPONDENCJA Z JASTRZĘBIA]