
(Fot: Szymon Jaszczurowski, tspodbeskidzie.pl)
Podbeskidzie pokonało Rekord Bielsko-Biała w derbach Bielska-Białej, ale zyskało coś więcej niż trzy ligowe punkty
Gdy w sobotnie po południe wychodziłem ze Stadionu Miejskiego w Bielsku-Białej miałem nieodparte wrażenie, że Podbeskidzie meczem z Rekordem zyskało coś więcej, niż tylko trzy punkty. Te bowiem mają wymiar symboliczny. Są pewny laurem, który dzierżą zwycięzcy, ale jednocześnie nie mówią nam wszystkiego. Pokazują pewien wycinek rzeczywistości tylko tej sportowej, piłkarskiej. I żeby nie było, absolutnie nie jest moją motywacją to, aby umniejszać temu zwycięstwu. Powiem wprost, było ono niezwykle zasłużone i solidnie uargumentowane w grze, ale chodzi o pewne szersze spojrzenie. O wyjście poza sferę stricte piłkarską, a przejście do sfery czegoś, co bardzo trafnie ujął Michał Kołodziejczyk w tytule swojej książki: Mecz to pretekst.
Derby są zawsze meczami, w których chodzi nie tylko o piłkę. Właściwie powiem więcej, w derbach rzadko chodzi o piłkę. Wiele jest bowiem przykładów spotkań, gdzie światło jupitera zwrócone jest nie na ligową tabelę, nie na walkę o punkty, a na historię, uwarunkowania bytowe fanów, właścicielskie, sympatie, antypatie, a czasami nawet na wyznanie. I wtedy właśnie o to toczy się mecz, o pewien prym jednych, nad drugimi. O pokazanie dominacji swojego „ja” nad „ja” tych drugich. Kto był na Old Firm Derby, ten wie, że kibice Celticu oraz Rangersów nie rywalizują ze sobą na poziomie piłkarskim, a na poziomie pewnej tożsamości kulturowej, gdzie zwycięstwo jednych lub drugich jest triumfem odpowiednio katolicyzmu lub protestantyzmu. Jest to więc osobista walka o świat swoich wartości.
Nie inaczej jest w przypadku derbów Bielska-Białej, bo choć daleko nam od tak gorących, ognistych, wielowątkowych podtekstów, to bez cienia wątpliwości w przypadku meczu Podbeskidzia z Rekordem można mówić o czymś więcej, niż tylko prymarna walka o trzy punkty. To było bowiem starcie, które ważyło o tym, w którą stronę pójdzie kibicowska fala w naszym mieście; szczególnie po pierwszych derbach, gdzie wiele zdarzeń na stadionie oraz sam mecz raczej przechylił szalę na stronę Rekordu, a nie Górali. To o Rekordzie mówiło się cieplej – także w mediach – to o Rekordzie mówiło się, że idzie w dobrą stronę, to o kibicach Rekordu mówiło się w końcu, że są poszkodowani; a jak wiadomo, poszkodowanemu się współczuje oraz pomaga.
Oczywiście, nie chodzi tutaj o to, że teraz, nagle, dzięki niedzielnemu spotkaniu na mecze TSP zacznie chodzić trzy razy więcej kibiców, że drastycznie zwiększy się zainteresowanie Podbeskidziem, ale w pewien sposób pokazano, że jeśli chodzić na piłkę w Bielsku-Białej, to na Podbeskidzie, a nie na zespół z Cygańskiego Lasu. To jest prawdziwe zwycięstwo Górali. Wpływ na to ma wynik, gra, rosnące miejsce w tabeli, ale przede wszystkim pokazanie niezwykłej kultury kibicowskiej, stworzenie atmosfery święta i wspólnota, która wytworzyła się na trybunach. Znamienny dla tego faktu okazał się podział stadionu przy Rychlińskiego na dwie części. I on rzeczywiście istniał, nie na papierze, nie na bramkach, nie w postaci ochroniarzy oddzielających dwie strony, a w różnicy dwóch kulturowych światów. Z jednej strony fanatyczni, ubrani na biało, głośno dopingujący kibice gości, a z drugiej cisi, niezorganizowani, wydający się przerażeni skalą kibice gospodarzy. To zderzenie było dramatyczne dla fanów gospodarzy, których choć podobno było więcej (tajemnicą poliszynela jest, że bilety przez Rekord były rozdawane), to wydawało się, jakby ich w ogóle nie było. Jeżeli więc ktokolwiek ze zgromadzonych miał przekonać się do ponownego przyjścia na mecz bielskiego zespołu, to przekonał się do przyjścia na mecz Podbeskidzia. I to właśnie przez to, że mógł się z czymś utożsamić. Utożsamić z czymś innym, niż cicha ściana ludzi.
Z kolei ci, którzy byli już na mecz po – jakbyśmy to nazwali – białej stronie mocy, wiedzieli, że gra toczy się nie tylko na murawie, a przede wszystkim na trybunach. I oni tę grę wygrali. A przegrani, cóż, jak widać po panu Ruckim (czy tam Rudzkim) nawet przegranej na boisku nie potrafią zrozumieć. Wynik, kibice i kultura trenera – 3:0 dla Podbeskidzia.