
Ilustracja wygenerowana przez Al
Podbeskidzie przegrywa kolejny mecz w tym sezonie. Nie to jest jednak najgorsze w sytuacji bielszczan
Ostatnio dużo w przypadku Podbeskidzia filozoficznych terminologii, a więc po meczu ze Skrą Częstochowa użyć trzeba jednej z nich, bo choć pochodzącej z Biblii, to niezwykle trafnie opisującej obecną sytuację klubu z Rychlińskiego. Vanitas vanitatum et omnia vanitas, co w tłumaczeniu na język polski oznacza po prostu: marność nad marnościami i wszystko marność.
Długo myślałem, co o tym meczu napisać. Z jednej strony tak, żeby być dobrze odebranym, a z drugiej, żeby trener Brede nie poczuł się urażony i po następnym meczu nie zadedykował mi dwóch bramek, jak to uczynił po starciu ze Świtem w przypadku jednego z kibiców, ale do meritum. Najdobitniej to, co wczoraj wydarzyło się w Częstochowie oddaje tytuł naszej pomeczowej relacji – „Dobrze, że tego nie widzieliście…”. Naprawdę dobrze. Abstrahując od gry skromnej Skry Częstochowa, po której spodziewaliśmy się szarpanego, mało płynnego stylu opartego głównie o stałe fragmenty gry oraz kontry, to to, co zaprezentowała ekipa trenera Krzysztofa Bredego to była po prostu żenada.
Po meczu, w drodze powrotnej do Bielska-Białej odebrałem telefon od zaprzyjaźnionego dziennikarza z Górnego Śląska, który nie mógł uwierzyć w wynik, który zobaczył w internecie. Zadał mi jedno pytanie, które kompletnie zbiło mnie z tropu: Ale wy coś w ogóle graliście? No właśnie, czy my coś graliśmy… Jeśli aż łopatologicznie próbujemy dośrodkowań w pole karne, z lewej, z prawej, po ziemi, górą, to czy można to nazwać graniem? Bardziej pasowałoby mi stwierdzenie, że to kopanie z kolegami pod blokiem, kopanie za grube tysiące rzecz jasna. Nie było bowiem w wykonaniu Podbeskidzia ani próby rozegrania piłki środkiem pola (sic!), ani też strzałów z dystansu. Właściwie zawsze rozegranie ataku ograniczało się do zagrania piłki w boczny sektor boiska i wrzutkę.
Idąc dalej, w nowoczesnym futbolu przyjęło się zakładać, że to środkowi obrońcy wprowadzają piłkę do ofensywy. Bardzo fajnie robił to w meczu z nami GKS Jastrzębie, gdzie stoper (choć niektórzy uważają, że to słowo to przeżytek), potrafił zdobyć z futbolówką kilka, a może nawet kilkanaście metrów i momentalnie wprowadzić zamęt w szeregi rywala. W wykonaniu Podbeskidzia… no sami wiecie. Dziwi mnie także brak chęci podań prostopadłych, za linię obrony, tak, aby nieco zaskoczyć rywala, który wiedząc, że za każdym razem w pole karne zostanie posłane dośrodkowanie po prostu wiedział czego się spodziewać. Oczywiście, żeby być dobrze zrozumianym, centry same w sobie nie są złe, ale ich przesyt – szczególnie marnej jakości – mówi już bardzo dużo o zespole, który je praktykuje.
Dziwi mnie także uparte, wręcz kujące w oczy stawianie na Kacpra Gacha. Wspólnie z grupką dziennikarzy z Bielska oglądających ten mecz ze stadionu jednoznacznie ustaliliśmy, że Daniel Dziwniel przez dziesięć minut przebywania na boisku zrobił więcej, niż Gach przez całe 80. A podobnie było przecież także w ostatnich meczach. Wybory personalne to oczywiście także studnia, w której grzebać można bez dna. Późne zmiany, kolejna szansa dla Marcina Urynowicza, który nie jest w lepszej dyspozycji niż był Paweł Czajkowski oraz wybór Mateja Mrsicia, który pasowałby do koncepcji gry kombinacyjnej, a nie „lagi na Klisiewicza”.
Niemniej drodzy kibice nie ma się czym przejmować. Trener Brede powiedział na pomeczowej konferencji, że pomysł na grę widać, że skoro kreujemy sytuacje (w meczu pod Jasną Górą było ich jak na lekarstwo, szczególnie patrząc na klasę rywala, a i we wcześniejszych starciach bywało z tym różnie), to nie ma problemu i w ogóle uznać można, że jest dość zadowolony ze swojej pracy. Wiele mówi jednak odpowiedź na pytanie, czy zespół idzie w dobrą stronę – „trudne pytanie” – odpowiedział opiekun Podbeskidzia.
Zapewne znacie pojęcie syzyfowej pracy oraz sam mit o Syzyfie, który w najprostszym rozumieniu oznacza wykonywanie pracy, która jest absolutnie bezowocna. Syzyf stara się wtoczyć na górę kamień, który jest jednak dla niego zbyt ciężki. Pomimo szczerych chęci, samozaparcia oraz wiary w to, że da radę, głaz okazuje się dla niego zbyt trudnym wyzwaniem. Syzyf jednak ciągle próbuje, raz za razem pcha ten wielki kamień wykonując te same czynności, których efekt jest znany. Wiele wieków później Albert Einstein wypowie znamienne słowa, że „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.
Po meczu w Jastrzębiu przeprowadziliśmy na tomygorale.pl sondę, w której udział więzło 96 osób. Zapytaliśmy Was wówczas: „Czy Krzysztof Brede powinien prowadzić zespół nadal, jeśli w najbliższych dwóch meczach (Świt Skolwin oraz Skra Częstochowa) nie zdobędzie 6 punktów?”. Aż 61 procent respondentów odpowiedziało, że nie.
Dziś nie będziemy tworzyć kolejnego sondażu, bo wynik jest nam doskonale znany. Widać to także po komentarzach kibiców w mediach społecznościowych, wpisach dziennikarzy niezwiązanych z klubem oraz reakcjach ludzi, którym los zespołu spod Klimczoka leży na sercu. Rok temu sytuacja była podobna, wiele głosów mówiło, że spadek Podbeskidzia to coś niemożliwego, że to science fiction, finalnie jednak w czerwcu obudziliśmy się w 2. lidze. Oby historia, która lubi się powtarzać, tym razem się nie powtórzyła. Bo wtedy…
„Nas, ludzi, należy oceniać tylko po tym, jak dajemy sobie radę z problemami, a nie po tym, jakie to są problemy” – Sztuka życia według stoików, Piotr Stankiewicz.
[Spod Jasnej Góry – Jakub Fudali]